3 przemyślenia na pierwszy maraton

15 listopada, 2020

17 października to dzień, w którym przebiegłem swój pierwszy w życiu maraton. Było to jedno z najbardziej brutalnych, ale też niezwykle satysfakcjonujących przeżyć. Coś, co wydawało się do tej pory nieosiągalne nagle mogłem umieścić na półce osiągnięć.

Przygotowywałem się do tego jakieś dwa lata. Na początku 2019 roku stwierdziłem, że chcę zacząć swoją przygodę z bieganiem. W planach miałem jedynie zwiększenie wydolności. Nie snułem wizji pokonywania ogromnych dystansów. Walka ze sobą przez czas dłuższy niż 30 minut nie wchodziła w grę. Chciałem po prostu zwiększyć swoją wytrzymałość, spalić nieco więcej kalorii. W dużej mierze byłem zainspirowany rozmową, którą odbyłem z Piotrem Kantorowskim w pierwszym odcinku mojego podcastu. Czy cały ten okres spędziłem na intensywnych przygotowaniach? Oczywiście – nie, ale zajmę się tym w innym wpisie. Teraz o maratonie.

Był chłodny, sobotni poranek, który zapowiadał się w miarę przyzwoicie. W praktyce okazało się, że pogoda nie oszczędziła nam mżawki. Niby nic takiego, ale było to wyzwanie. Powietrze było rześkie i bardzo mokre. Sprawiało to, że atmosfera była z jakiegoś powodu podniosła, może nawet mistyczna. Udało nam się zebrać ekipę na bieg. Startowałem ja i mój człowiek od biegania – dr Maciek, a na wsparciu był mój imiennik Łukasz i Paweł. Na szczęście Maciek zorganizował ten bieg z chirurgiczną precyzją. Obaj podchodziliśmy do tego dystansu w ramach Poznań Virtual Run. Obaj po raz pierwszy. Mieliśmy do dyspozycji po jednym człowieku do wsparcia. Paweł zrobił w tym zakresie dobrą robotę, jechał na rowerze u mojego boku cały czas. Miał zapasy wody i elektrolitów. Bez tego wsparcia mogłoby być ciężko.

Całe przedsięwzięcie wiązało się przede wszystkim z dużą dawką bólu. Przebiegłem te 42 kilometry w czasie 5 godzin i 16 minut. Mniej więcej do 30 kilometra czułem się dobrze, potem zaczęły się schody. Od tej pory czułem każdy krok. Dotychczasowe wyobrażenie terminu “ściana” w niczym nie przypominało rzeczywistego doświadczenia. To ten moment, kiedy poczułem, że mocniej po prostu nie mogę. Że się nie da. Moje ciało stwierdziło, że teraz jest czas spowolnienia. I tak się stało. Umysł powtarzał w kółko: “nie dasz rady, to już koniec”. Wiedziałem, że to tylko taka nieczysta zagrywka.

Zrzut ekranu ze Stravy

Co czułem po biegu? Na pewno ogromne zmęczenie i satysfakcję. Kiedy wracałem do domu, uroniłem dwie łzy w samochodzie. Pierwszą za zrealizowanie celu, który sobie postawiłem kwartał temu. Drugą zaś za to, że pokonałem głos mówiący, że mi się nie uda. Czułem też ogromny ból nóg (w szczególności kolan), a moje chodzenie przypominało człapanie pingwina. Zjadłem, uciąłem sobie drzemkę i resztę dnia spędziłem na odpoczywaniu. Byłem TOTALNIE wyczerpany. Przez cały następny tydzień nie robiłem nic sportowego. Zero siłowni, zero biegania. Zero czegokolwiek.

Ktoś powie, że mój czas na tym dystansie nie jest żadnym wyczynem. Zgadzam się w stu procentach – nie jest. Przeciętnie wytrenowany zawodnik podchodzący do IRONMANA jest w stanie przebiec maraton w dużo krótszym czasie, poprzedzając to 3,8km pływania i 180km jazdy na rowerze. Czy coś to dla mnie zmienia? Absolutnie nie. Bardzo się cieszę, że pokonałem ten pierwszy poważny dystans. Poniżej to, co udało mi się w trakcie biegu i już na chłodno wymyślić.

1. Warto stawiać sobie wyzwania, które nas przerażają.

Samo uczucie, że mam do przebiegnięcia duży dystans, którego nie znam, wywołało euforię zmieszaną ze strachem. Z jednej strony czułem się podekscytowany faktem, że rzucam się na nieznaną wodę. Z drugiej byłem nieco przygnieciony faktem, że moja waga i brak doświadczenia w sportach wytrzymałościowych sprawią, że polegnę. To trochę uczucie podobne do tego, jakie towarzyszy przed rozmową kwalifikacyjną – motyle w brzuchu i niepokój. Na koniec dnia warto przyjść i dać z siebie wszystko.

2. Pokonywanie swoich barier wyzwala moc

Wcześniej myślałem, że samo pokonanie jakiegoś dystansu nic nie zmienia. Wynikało to z faktu, że tak się czułem po przebiegnięciu pierwszego półmaratonu – była satysfakcja, był uśmiech na twarzy, ale nie było to aż tak ekscytujące jak mogłoby się wydawać. Z maratonem kwestia wyglądała z goła inaczej. Ten dystans był NAPRAWDĘ TRUDNY do pokonania. Ale kiedy już go zrobiłem i poczułem, jak emocje targają moim ciałem, wiedziałem, że zaszła zmiana. Przekonałem się, że jeśli obiorę cel, nawet taki, który przekracza moje możliwości, a potem się do tego dobrze przygotuję, to możliwe jest jego osiągnięcie. W naturalny sposób przekłada się to na inne sfery życia. Jedną z takich zmian jest chociażby fakt, że napisałem i opublikowałem ten post.

3. Granica wytrzymałości jest dużo dalej niż się wydaje

Jak napisałem wcześniej – do 30 kilometra czułem się dobrze, potem już tylko walczyłem o przetrwanie. Każdy kolejny kilometr traktowałem jako ostatni. Myślałem, że jeszcze moment i zatrzymam się, poddam i skończę bieg. Nie stało się tak. Napierałem cały czas naprzód. Tak jeszcze kolejne kilkanaście razy. Mam wrażenie, że przytłacza mnie głównie to, że jestem na początku i patrzę na cały ogrom pracy, jaki jest przede mną do wykonania. To potrafi sparaliżować. Wszystko mnie boli i jeszcze 12 kilometrów? Daj spokój… Postanowiłem sobie, że będę śledził swojego Garmina. Pokazywał mi trasę, więc skupiłem się na najbliższym celu. Za 500 metrów skręć w prawo. Byle więc do zakrętu. W ten sposób pokonałem brakujące 12 kilometrów. W momencie kiedy patrzyłem na krótsze odcinki, poczułem ulgę. Patrzę na nawigację i widzę, że zbliża się następna zmiana kierunku – to mnie uspokaja. Te krótkie odcinki nie stanowiły takiego wyzwania. Dlaczego? Z prostego powodu – bo kto nie przebiegnie jedynie kolejnych 400 metrów?

Podsumowanie – zaczynam z tym co mam, tu gdzie jestem

Nie ma dobrego momentu, żeby zacząć. Zawsze znajdzie się powód, żeby czegoś nie zrobić. Za dużo obowiązków, stresu, a za mało czasu, zasobów. Dzisiaj muszę dłużej posiedzieć w biurze i zaczyna padać, więc odpuszczę bieg. Może jest zimno, ciemno, a na Netflixie wyszedł nowy sezon ulubionego serialu, to chyba pominę trening. Przecież to może poczekać, prawda? Paradoksalnie tak właśnie jest. To może poczekać. I nie ma sensu wywierać na sobie niepotrzebnej presji. Czasem warto odpocząć. Nie warto jednak odwlekać starań w nieskończoność. Czekać do poniedziałku czy nowego roku, żeby zacząć. Nie szkodzi, ze warunki nie są idealne. Dlatego zaczynam z tym co mam, tu gdzie jestem.

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply Przemek 16 listopada, 2020 at 5:43 pm

    Mistrz <3

    • Reply Łukasz Gągała 19 listopada, 2020 at 12:17 am

      Dziękuję z całego serducha!

    Leave a Reply